Cykl wierszy Adama Zagajewskiego poświęconych sztuce rozpoczynamy esejem Sebastiana Kleinschmidta. Autor eseju jest niemieckim krytykiem literatury i sztuki, w l. 1993-2013 był redaktorem naczelnym prestiżowego czasopisma „Sinn und Form”, zasiada w jury wielu prestiżowych nagród literackich, m.in. Literackiej Nagrody Fundacji Konrada Adenauera, Akademii Niemieckiej Rzym Villa Massimo.
Adam Zagajewski
Morandi
Rzeczy czuwały nawet w nocy,
kiedy on spał i śnił o Afryce;
porcelanowy dzbanek, dwie konewki,
zielone butelki po winie, nóż.
Gdy on spał głęboko jak może zasnąć
tylko śmiertelnie znużony stwórca,
rzeczy śmiały się i bunt był blisko.
Ciekawska konewka o długim dziobie
gorączkowo do czegoś namawiała innych
i dziko pulsowała krew w porcelanie,
która nie znała dotyku pijących ust,
tylko oczy, spojrzenie, wzrok.
W dzień pokorniały i nawet były dumne:
całe szorstkie istnienie świata
chroniło się w tych przedmiotach,
opuszczając na chwilę kwitnące drzewa
wiśni i ciężkie serca umierających
wiersz z tomu Płótno
Adam Zagajewski, Płótno, Wydawnictwo a5, Kraków 2014, s. 39
Sebastian Kleinschmidt
Dar poezji dla malarstwa
Martwe natury Morandiego, wiecznie te same wnętrza butelek, dzbanów, puszek, pudeł i mis, uchodzą za symbol kontemplacji, spokoju, oderwania od rzeczywistości. Ich istnienie nie jest spektakularne, to czysta immanentność i obecność, do tego głęboko filozoficzna. Zdają się po cichu i uporczywie pytać malującego je artystę oraz przypatrującego się im widza: Czy wiesz, kim i czym jesteśmy? Dlaczego istniejemy? Odpowiedź jednak nie nadchodzi. I tak trwają okryte tajemnicą oczekiwania, która odnawia się z każdym kolejnym obrazem.
Adam Zagajewski to naoczny świadek, który się na to nie godzi. W śmiałym akcie bratania się z rzeczami spogląda na nie za dnia, ale dodaje także perspektywę nocy. Nie zważając na malarza. Ten odpoczywa w sąsiednim pokoju, zmęczony od patrzenia i tworzenia, w swym głębokim śnie nigdy więc się o tym nie dowie. Dowiadują się za to czytelnicy wiersza. Okazuje się bowiem, że „my” przedmiotów wiedzie podwójne życie. Za dnia mistycznie milczące, nocą zaś buntownicze i gadatliwe.
Swe obrazy Morandi malował naturalnie za dnia. Światło, które otula jego surowe motywy, jest miękkie, stłumione, cierpliwe. Ascetyczna aranżacja subtelnie oddziałuje także duchowo — jakby malarz malował nie tylko to, co dostrzegalne, ale i samo widzenie oraz bycie widzianym. Tu bowiem nie tylko twórca patrzy na własne dzieło, ale i dzieło przygląda się swojemu twórcy.
Jednak i w odniesieniu do obrazów tego malarza obowiązuje zasada: Jeśli rzeczy nie potrafią wskazywać poza siebie same, nie mogą też być sobą. I właśnie w tym miejscu pojawia się wiersz. Wlewa on w bezduszne przedmioty tchnienie duszy i budzi je nocną porą do życia – a to niepozorną interwencją narratora, a to spojrzeniem na rzeczywistość z jakiejś innej strony. Nagle zaczynają dostrzegać swe zniewolenie w atelier twórcy, istnienie, skazane na zbiorowość trwania i bycie oglądanym stale w tym samym miejscu. Narasta w nich żądza buntu, zawierane są konspiracyjne umowy, rozbrzmiewają fanfary wolności, pojawia się radosny uśmiech. A może tylko śmieją się z malarza i jego niezachwianej powolności? Z tego, jak dzień po dniu studiuje milczącą kompozycję, to w świetle poranka, to w południe, to o zmierzchu? Z tego, jak, stosując niewielkie przesunięcia czy ledwie zauważalne zmiany, porządkuje kruche relacje w przestrzeni form – ich rytm, atmosferę czy medytacyjną równowagę? Jak miesza na palecie odcienie farb – butelkową zieleń, gołębi błękit, szarość, beż, ochrę – i przenosi je na płótno, aby przybrać motywy w szatę o matowym poblasku, nadać im wewnętrzny koloryt, o którym francuski poeta Philippe Jaccottet powiada: „Kość słoniowa, piasek i popiół. Tuż przed nadejściem dnia.“
Wraz z poranną zorzą kończy się anarchistyczna noc. Wiersz powraca do dziennego oglądu świata. Przedmioty znów są ujarzmione, jak znamy je z obrazów. Pojawia się jednak coś, co wcześniej było niedostrzegalne: to nowa samoświadomość. Obudziła i unaoczniła je siła poetyckich słów – dar poezji dla malarstwa. Ów pogłos wizjonerskiej inspiracji, płynącej z czterech ostatnich wersów. A mimo to tajemniczość świata obrazów Morandiego wciąż pozostaje nieodkryta.
Adam Zagajewski (1945–2021) napisał kiedyś: „Nie wiemy, czym jest poezja. Nie wiemy, czym jest cierpienie. Nie wiemy, czym jest śmierć. Wiemy, czym jest tajemnica“. W tej wierności wobec tajemnicy spotkali się mag z Bolonii i mag z pięknego Krakowa. Spotykali się i w wielu innych momentach. Morandi nie był też jedynym malarzem, o którym Zagajewski pisał wiersze. Znajdziemy u niego wersety o Vermeerze, Manecie i Degasie, o obrazach, które same zawierają pierwiastek narracyjny, budziły więc i w poecie chęć fabularyzowania. W sztuce Morandiego nie ma jednak nic epickiego. To, co przemawia z jego obrazów, spoczywa w języku i poza nim. To zdarzenia prostoty, mniszej ciszy, spowolnienia czasu. Włoski poeta Giuseppe Ungaretti nazwał Morandiego „pittore del silenzo“ – „malarzem milczenia“. W tym milczeniu cisza łączy się z pustką. Naczynia Morandiego nie zawierają niczego – butelki nie zawierają wina, misy owoców, dzbany oleju, a wazy kwiatów. A mimo to oddychają nastrojem. Wiersz go uchwycił. Owo zestrojenie bytu, w którym „całe szorstkie istnienie świata“ jest jakby zaklęte w dyskretnej niepewności rzeczy – istnienie, które opuściło „na chwilę kwitnące drzewa wiśni i ciężkie serca umierających“.
Przekład Paweł Zarychta
Adam Zagajewski: „Mystik für Anfänger“. Gedichte. Aus dem Polnischen übertragen und herausgegeben von Karl Dedecius. Carl Hanser Verlag, München 1997.
